Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

czwartek, 11 grudnia 2014

Tak, Amanda Gautier to ja! Jestem niesamowita...

Miałam piękną wizję, która na chwilę zagościła w mojej głowie. Piękna wizja, w której miałam przeżyć i iść dalej przez świat, dzierżąc w swych dłoniach jakże zacne życie Amandy Gautier, swoje własne życie. Tak, Amanda Gautier to ja! Jestem niesamowita, wiem.

W tamtej chwili myślałam, że sama o nim decyduję. O swoim życiu, w sensie. Myślałam, że to ja jestem jego panią, że, jeśli zechcę, jeśli naprawdę będę tego pragnąć, przeżyję. Dokładnie, myślałam, że następnego ranka ponownie otworzę oczy, zwlekę się leniwie z kwartałowego łóżka i będę się kłócić z Tabithą, moją siostrą bliźniaczką, którą od zawsze traktowałam jak młodszą siostrzyczkę, o łazienkę, by potem ponarzekać jej na skromny posiłek, by pożegnać ją, gdy będzie wyruszała do pracy, machając jej zza okna i tęsknić właśnie za nią, czekając niecierpliwie na jej powrót, a gdy ta wróciłaby do domu, zmęczona i senna, ciągnęłabym ją na spacer... Daaaleeeki spaaaceeer, by rozprostować skrzydła po całym dniu w domu.

Myślałam, że przeżyję i że uda mi się wyjść cało z opresji nawet z nożem między swoimi żebrami. Widziałam oczami wyobraźni, jak ciskam miską z sałatką w twarz Daisy. Pełno warzyw ścieliło moje nogi i jej krótkie włosy, zaś ja nie próbowałam ich wszystkich nazwać i ocenić, czy sałatka byłaby zjadliwa, czy może wyplułabym ją po pierwszym kęsie. Ja podrywałam się w górę, wspomagając się stołem, by zacząć biec ku drzwiom. Właściwie, chciałam biec. Chciałam biec całą sobą w ich kierunku, ale... Ale... Ale...

Nie udało mi się.

Nie uniosłam miski i nie ogłuszyłam na chwilkę Daisy.

Nie udało mi się.

Nie wstałam z podłogi.

Nie udało mi się.

Łzy pociekły mi po twarzy, gdy nóż, chłodny, ostry i taki cudownie lśniący w tym ciemnym świetle, ukłuł moją szyję, by wbić się w nią jeszcze głębiej. Jedno ostrze się wbiło, zaś drugie mnie porzuciło, gdy panna Daignault ujęła je swoją dłonią. To też odczułam boleśnie. Nie rozumiałam tego. Zabrała je... Zabrała mi ostrze, a było przecież moje. Było... Moje...

Nie wiem czemu, ale chciałam się podnieść i nawet mi się to udało. Chciałam nadal uciekać? Czy chciałam iść do Delilah, by poskarżyć się jej, że zadano mi ból? By powiedzieć jakie to złe, że wbito mi nóż, mimo że byłam Królową Noży? By przytulić się i zacząć płakać, narzekając na ten podły świat i jeszcze gorsze Igrzyska? A może wstałam, by odebrać Daisy moją własność? By zabrać jej nóż, który należał przecież do mnie? Kto wie, a może poczułam, że Mattie nie żyje i chciałam się z nim pożegnać? Czy mogłam podświadomie odczuć jego brak na tym świecie? Miałam ochotę poczochrać Lucy po tej kolorowej główce... Może do niej? Albo tę mniejszą... Carly? Była chyba jeszcze drobniejsza ode mnie. Chciałam móc się nią zaopiekować...

Niezależnie od tego, co chciałam osiągnąć, nie udało mi się. Nie udało mi się. NIE UDAŁO MI SIĘ.

To było poczucie porażki. Z pewnością to było to. Wiecie, w trakcie mojego krótkiego życia tak naprawdę nie zrobiłam niczego od początku do końca... Nie przetrwałam Igrzysk. Nie zrobiłam też niczego dobrego, czym mogłabym się chwalić.

Padłam na podłogę. Nikt mi w tym nie pomógł. Sama padłam na podłogę, bo nie miałam już sił iść. Kolejne kroki stawały się coraz cięższe i coraz mniejsze, coraz bardziej bolesne...

Tabitho, ja naprawdę już nie mogłam. Tabitho, wybacz. Zawiodłam cię, moja kochana siostrzyczko. Nie wygrałam, nie pomogłam i jedynie przeszkadzałam twojemu szczęściu. Ithy...

Ithy...

Czemu ta podłoga nie mogła być cieplutka i mięciutka jak Ithy? Chciałam się teraz do niej przytulić, bo było mi naprawdę źle. Bolało. Bardzo. I tak bardzo chciałam w końcu zasnąć. Ona mnie ostatnio tak cieplutko tuliła do snu, przykrywając kołderką pod samą szyję i mówiąc, jak bardzo się cieszy, że wyzdrowiałam i już do niej wróciłam. Chciałam usłyszeć jej głos...

Morze Krwi... Morze Krwi pojawiło się pod moim policzkiem. Rosło sobie i przypominało mi swoją barwą Pole Maków. Pamiętałam, jak stałam na jego środku, a ono otaczało mnie bezkreśnie z każdej strony. A maki kołysały się na wietrze, ocierając się o moje bose stopy... Łaskotały.

Morze Makowe znajdujące się wokół mnie było mokre. Wsiąkało mi we włosy... Czemu je brudziło? Były takie piękne i czyste, a teraz? Czemu je... Ubrudziłam się...

Czerwień...

Ithy... Ithy, kocham cię... Zawsze cię kochałam. Przepraszam...

Maki...

Wiesz, prawda?

Morze...

Ithy... Ja... Nie... Chcę...

Ithy...

Tabitho... Siostrzyczko...

Powietrze przeszył armatni wystrzał, którego nie dane mi było usłyszeć. Umarłam. Mandy umarła.

//Post opublikowany jest również na Panem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pamiętaj, by zachować kulturkę i smaczek. <3

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...